Dzien zapowiadal sie pieknie...och jak to slodko brzmi...ale przynajmniej ja odnioslam takie wrazenie wychylajac glowe zza zaslony kiedy swiatlo dzienne lekko mnie porazilo...I juz zaczelam snuc plany o ruszeniu swoich parszywych czterech liter poza tzw flat...jakis zdjeciach spacerku itp...niestety natym to sie skonczylo....Dupa okazala sie poprostu za ciezka a slonce szybko zmienilo zdanie i tez odeszlo gdzies w cien.
A wiec przy sniadanku z herbata w reku dorwalam sie do Laptopa...niejakiej Jadwigi...z tegoz miejsca pozdrawiam serdecznie...i zalaczylam kolejne odcinki L worda...no i to by bylo na tyle z mojego dnia..bo nastepne ockniecie bylo niecala godzine przed praca....prysznic...zupka co to mi w gardle stanela nie wiedziec czemu i juz bylam w 2 brewers zwarta aczkolwiek nie gotowa...no bo przeciez to praca...to jak tu byc gotowym do tego....W miedzyczasie zupki a dotarciem do pracy czyli 10 min moj zoladek skrecil sie doszczetnie glowa zaczela fiksowac i znow pokazywac na co ja stac z roznymi skutkami i wariacjami ale generalnie niepokojem i panika ze depresja chce nawrotu...niezbyt to byly mile chwile mysle ze to tez przyczyna niejakiego Lworda ktory do najweselszych nie nalezal i czlowiek zaczal sie zastanawiac nad kruchoscia dnia dziesiejszego..wiem brzmi to absurdalnie...ale nawet serial moze wzbudzic leki!
Potem juz polecialo z gorki...masa nawalonych klientow....nic nowego....usmiechcnieta wypirsingowana twarz Declana...ktory wycalowal...i stres niebawe minal....a teraz...troche zmarznieta...az -1...chyba lekko zmeczona i z tym niedosytem o niewiadomym podlozu...siedze w ciepleku naszej mini kuchni 'na krzeseleczku'-(ten watek to dla merza ona zrozumie)....znow zalujac ze nie ma mnie gdzie indziej...
np:W duzym lozku z puchowa kolderka...trzesaca sie podloga gdy przejezdza skmka...i co i rusz lekkim drapnieciem w drzwi ledwo co slyszanym...od mojej Szmatki ze jest za drzwiami i pilnuje...
Jednego jestem pewna...mozna sie przyzwyczaic do nowego miejsca...nawet byc czasem szczesliwym..miec 'nowych' przyjaciol..ale sa miejsca...osoby...sytuacje..ktorych sie nigdy nie zapomni i bedzie sie zawsze tesknic..a jak sie wroci na chwilke...to takie milusie uczucie ze jest sie 'na miejscu'....ach blogie uczucie..
Ale wiecie co...za kazdym razem powrot do Londynu strasznie boli...moze dlatego ja sie tez boje wracac...troche to pogmatwalam....Jak to moj Tata mowi: tak zle i tak nie dobrze.....no lae coz zrobic..
Subscribe to:
Post Comments (Atom)
No comments:
Post a Comment