Friday, November 23, 2007

Dzien spadajacej skarpety...

....szpital....pooperacyjne sprawdzenie czy wszystko w pozadku...
potem moj ulubiony Borough Market...jezuuuu ale zimno....po jakims czasie juz mi aparat z rak lecial bo palece zesztywniale i bezwladne....brrrr.....potem erbatka lepiej...i znow to zimko....jak to mozliwe zeby tutaj bylo tak straaaaasznie zimno...ale za to kilka fajnych zdjatek sie znajdzie po tej eskapadzie...niestety zachcialo mi sie zajsc do sklepu...sliczzne zeczy ale nie na mnie niestyty...niezbyt dopasowane rozmiarem a moze moim cielskiem...?
A na dodatek tego wszystkiego nie wiem jakim cudem...spadajaca skarpeta...tak jest zawsze!
Wialo po nozkach bo krotkie i skarpety i byty....po lapkach bo zostaly wystawione na zimno w zwiazku z trzymaniem w owych raczkach aparatu...po glowce bo bez czapeczki...zeby wloski sie nie zepsuly..no i gowno z tego wyszlo bo tak wialo ze i tak sie zepsuly bo niezabezpieczone lakierem przed wyjsciem z domu....bo takie ladne sloneczko bylo ze kto by sie spodziewal okrutnie zimnych wiaterkow...
A teraz czuje jak wszystko powoli odmarza...a lapki czerwone i spuchniete :(...byle tylko jakiegos chorubska nie zalapac bo dopiero co sie z jednego otrzasnelam i nie mam zamiaru na nastepna porcje...ho
Ide poodmarzac do lozeczka i pomazyc troszeczke..bo wieczorkiem do pracy....

1 comment:

Anonymous said...

Kochanie walnij drina . Bo zachorujesz !

No ! :)