Sunday, April 27, 2008
. . .
Tak bardzo...chcialam cos napisac...ale tym razem zostawie to dla siebie... za duzo smutku......skojarzen....i bezsilnosci takiej z ktora naprawde nic sie nie da zrobic...bo na pewne sprawy nie mamy wplywu wcale....szkoda... :(
Tuesday, April 22, 2008
3 po polnocy...
Wyobrazcie sobie ze idziecie na koncert...ale nie taki zwykly...rzecz sie dzieje w teatrze...pewnego rodzaju kabaret...piosenki o gwaltach przemocy..zabijaniu....do tego watek gayowski....
o procz kilku konkretnych freakow jakich sie notabene spodziewalismy tam...rzesza starszych ludzi...to bylo freak...
Ach i ci pseudo inteligenci.....ktorzy chamskim tekstem....ograniczyli moja wolnosc...wolnosc robienia zdjec...bo aparat za glosno chodzi...a pocalujcie mnie wszyscy w dupe...
Trudno nie zrobilam tyle zdjec co chcialama ale zawsze cos....
a potem jeden drink zamienil sie w drugi candy...mial sie zamienic w trzeciego w gay...ale to juz dla mnie za duzo....nie bede chodzic do miejsc w ktorych sie mecze....gdzie muzyka jest z dupy...ludzie to porazka...a ja nie w humorze na loze szydercow...bo i po co...poziom za slaby...
Teraz po ciemku z drinkiem przy kompie....i glowa jka by kto za przeproszeniem nasral do srodka...musze sie uporac...drink to ok...ale smrod zostanie....jak zwykle...
o procz kilku konkretnych freakow jakich sie notabene spodziewalismy tam...rzesza starszych ludzi...to bylo freak...
Ach i ci pseudo inteligenci.....ktorzy chamskim tekstem....ograniczyli moja wolnosc...wolnosc robienia zdjec...bo aparat za glosno chodzi...a pocalujcie mnie wszyscy w dupe...
Trudno nie zrobilam tyle zdjec co chcialama ale zawsze cos....
a potem jeden drink zamienil sie w drugi candy...mial sie zamienic w trzeciego w gay...ale to juz dla mnie za duzo....nie bede chodzic do miejsc w ktorych sie mecze....gdzie muzyka jest z dupy...ludzie to porazka...a ja nie w humorze na loze szydercow...bo i po co...poziom za slaby...
Teraz po ciemku z drinkiem przy kompie....i glowa jka by kto za przeproszeniem nasral do srodka...musze sie uporac...drink to ok...ale smrod zostanie....jak zwykle...
Monday, April 21, 2008
Poniedzialek..
I co z tego...ze niby poczatek tygodnia...
Odretwienia cd...nie moge sie ruszyc..nie moge nic zrobic...i ciagle za pozno na wszystko...minuty mijaja jak zaczarowane...i jak jakis maly zapal sie znajdzie...to wtedy juz jest naprawde za pozno...juz nie wiem czy to strach..czy generalny paraliz...coz nie potrafie tego zmienic...to jedno wiem...:(
Odretwienia cd...nie moge sie ruszyc..nie moge nic zrobic...i ciagle za pozno na wszystko...minuty mijaja jak zaczarowane...i jak jakis maly zapal sie znajdzie...to wtedy juz jest naprawde za pozno...juz nie wiem czy to strach..czy generalny paraliz...coz nie potrafie tego zmienic...to jedno wiem...:(
Wednesday, April 16, 2008
Grypo...cholik...
Grypo...cholik...no niestety wszystko na to wskazuje...tylko ze ja wcale a wcale tego nie chce...to chorobsko odbiera mi resztke przyjemnosci...ani na basen ani na silownie..grzecznie czekalam az minie...leczylam sie..wszystko wsakzywalo na to ze w koncu kaszel itp przeszly...no to basenik w poniedzialek...a tu juz wieczorem...jakies kichanie mnie wzielo....i co ?Nic tylko normalnie sie znow rozwija...katar...spuchnieta twarz...do ludzi wyjsc nie mozna...bo sie zalega na stole ze zmeczenia...juz mnie tak to wykancza ze sil witalnych prawie wogole...rece do kolan...
Z tego wszystkiego zasiadam zatem na kanapie i bede sie relaksowac...filmowo..bo co mi innego pozostalo?!
Z tego wszystkiego zasiadam zatem na kanapie i bede sie relaksowac...filmowo..bo co mi innego pozostalo?!
Friday, April 11, 2008
Wrzód...wrzodzik...
To byly "piekne" dwa tygodnie...ha dobrze by bylo...ale cala sprawa rozbija sie o naduzywanie...alkocholu...coraz czesciej coraz wiecej...a czerwone swiatelko z ktorego bylam znana stalo sie rozowe...linka hamulcowa puscila nie raz nie dwa...znow przemieszczanie nieswiadome...ale pobudka w domu...az do wtorku!
Zabiegany dzionek...telefon...a wiec kolacja u Irka...jakies winko...telefon..Mariusz...moze jakis drineczek...wiec po szybkiej dyskusji z Brum Brumem...zgodzilismy sie ze jeden i owszem milo by bylo...ale nie wiecej..bo generalnie to jestesmy zmeczeni...i co niektorzy rano wstac musza...
Po wysiorbanym mochito...mniaaaaaam...i jak zwykle dobrej muzie w SO.UK...poszlo haslo...ze aby uszczesliwic pana I...chodzmy do 2B...tam gdzie sie zazekalam ze nie pojde...bo mam serdecznie dosc..w szczegolnosci ze tam pracuje i wszyscy mnie znaja...ale na jednego...tak..na haslo drugiego...bylo juz tylko ..go for it...a potem nie bylo juz pytan...no i trauma po wyjsciu..
Poczucie jakby ktos z piesci przylozyl mi w zoladek...biedne chlopaki nie wiedzialy co robic a ja nie moglam sie wyprostowac...namawiali na szpital..wiedzialam ze w koncu przejdzie...ale atak byl straszny...zawiezli mnie do domu...znow komputer..znow nie pamietam...jak dlugo przed niem siedzialam...Rano kac...kamien w zoladku...i te gryzace wyrzuty sumienia...to nic ze kaszel ale mimo wszystko ze nie ma jak pojsc na silownie bo nie nadawalam sie do niczego..wiec mocne postanowienie nie picia..przez conjamniej tydzien...
A juz dzis proba..spotkanie z Luka..ale dalam rade...pewnie dla tego ze to bylo piwo..hehhe...
Generalnie dzien nalezal do spokojnych...i calkiem udanych..najlepsze z tego byly zajecie..tym razem nie matematyka na szczescie bo bym chyba z nudow zasnela tym razem...
Mielismy tecniki komunikowania sie...i niby wszystko proste i oczywiste....a jednak nie do konca...poza tym warti powtarzac sobie takie zeczy zeby w przyszlosci moc je w pelni wykorzystac...trzeba przyznac...ze bardzo ciekawe...i oby czesciej...przydaloby sie jeszcze NLP...i juz wogole bylby to rarytas...moze next time....
Zabiegany dzionek...telefon...a wiec kolacja u Irka...jakies winko...telefon..Mariusz...moze jakis drineczek...wiec po szybkiej dyskusji z Brum Brumem...zgodzilismy sie ze jeden i owszem milo by bylo...ale nie wiecej..bo generalnie to jestesmy zmeczeni...i co niektorzy rano wstac musza...
Po wysiorbanym mochito...mniaaaaaam...i jak zwykle dobrej muzie w SO.UK...poszlo haslo...ze aby uszczesliwic pana I...chodzmy do 2B...tam gdzie sie zazekalam ze nie pojde...bo mam serdecznie dosc..w szczegolnosci ze tam pracuje i wszyscy mnie znaja...ale na jednego...tak..na haslo drugiego...bylo juz tylko ..go for it...a potem nie bylo juz pytan...no i trauma po wyjsciu..
Poczucie jakby ktos z piesci przylozyl mi w zoladek...biedne chlopaki nie wiedzialy co robic a ja nie moglam sie wyprostowac...namawiali na szpital..wiedzialam ze w koncu przejdzie...ale atak byl straszny...zawiezli mnie do domu...znow komputer..znow nie pamietam...jak dlugo przed niem siedzialam...Rano kac...kamien w zoladku...i te gryzace wyrzuty sumienia...to nic ze kaszel ale mimo wszystko ze nie ma jak pojsc na silownie bo nie nadawalam sie do niczego..wiec mocne postanowienie nie picia..przez conjamniej tydzien...
A juz dzis proba..spotkanie z Luka..ale dalam rade...pewnie dla tego ze to bylo piwo..hehhe...
Generalnie dzien nalezal do spokojnych...i calkiem udanych..najlepsze z tego byly zajecie..tym razem nie matematyka na szczescie bo bym chyba z nudow zasnela tym razem...
Mielismy tecniki komunikowania sie...i niby wszystko proste i oczywiste....a jednak nie do konca...poza tym warti powtarzac sobie takie zeczy zeby w przyszlosci moc je w pelni wykorzystac...trzeba przyznac...ze bardzo ciekawe...i oby czesciej...przydaloby sie jeszcze NLP...i juz wogole bylby to rarytas...moze next time....
Monday, April 7, 2008
Szare dni...
I znow brak energi i szaro...ciagle dzien swistaka...plus guz na glowie...coz szybki obrot za barem i zdezenie z otiwrajacymi sie drzwiami...a to wszystko przez glupawe...
Praca nic sie nie zmienia..wyglada na to ze juz wszyscy tam przychodza z musu...nie ma tak jak kiedys...teraz kazdy czeka z utesknieniem do konca...
Druga praca zenada...ciagle pisza ze dzis nie jutro tez..i tak o to nie bylam juz ponad tydzien..a dopiero w czwartek mam sie tam zjawic...a juz myslalam ze cos sie zaczyna krecic ze bedzie mozna zmienic na caly etat beznadziejne 2B na spokojna prace w biurze...albo choc pol etatu i posplacac karte raz dwa...A tu dalszy odcien szarego w szarym...oczywiscie to moj punkt widzenia...
No coz ale w tym tyg zaczyna sie porywajacy college...czyli wtorkowy stress w zwiazku z angielskim...i calkowite nudy czwartkowe na matmie ktorej poziom rozklada mnie na lopatki...do tego stopnia ze zalegam na lawce ziewajac...i czekajac z utesknieniem na koniec tej katorgi.
A dzis silownia...dziwna satysfakcja z ciurkiem splywajacego potu po ciele...taki maly masochizm?
Oby tylko zaczela dzialac...bo jak na razie to nie widze zadnej roznicy :(...a z Pecik szybko traci checi...wiec juz teraz walcze sama z soba zeby tam dzis dojsc i mowie sobie ze to ma sens...i beda rezultaty...tylko ciekawe kiedy?
Praca nic sie nie zmienia..wyglada na to ze juz wszyscy tam przychodza z musu...nie ma tak jak kiedys...teraz kazdy czeka z utesknieniem do konca...
Druga praca zenada...ciagle pisza ze dzis nie jutro tez..i tak o to nie bylam juz ponad tydzien..a dopiero w czwartek mam sie tam zjawic...a juz myslalam ze cos sie zaczyna krecic ze bedzie mozna zmienic na caly etat beznadziejne 2B na spokojna prace w biurze...albo choc pol etatu i posplacac karte raz dwa...A tu dalszy odcien szarego w szarym...oczywiscie to moj punkt widzenia...
No coz ale w tym tyg zaczyna sie porywajacy college...czyli wtorkowy stress w zwiazku z angielskim...i calkowite nudy czwartkowe na matmie ktorej poziom rozklada mnie na lopatki...do tego stopnia ze zalegam na lawce ziewajac...i czekajac z utesknieniem na koniec tej katorgi.
A dzis silownia...dziwna satysfakcja z ciurkiem splywajacego potu po ciele...taki maly masochizm?
Oby tylko zaczela dzialac...bo jak na razie to nie widze zadnej roznicy :(...a z Pecik szybko traci checi...wiec juz teraz walcze sama z soba zeby tam dzis dojsc i mowie sobie ze to ma sens...i beda rezultaty...tylko ciekawe kiedy?
Thursday, April 3, 2008
Dostrzeganie...
"Dzien za dniem ciagle jedno i to samo"...a jednak nie...coraz czesciej zaczynam doceniac wartosciowych ludzi ktorzy mnie otaczaja...i sa to...polacy...nie powiem ze mam klopoty z komuniakacja w jezyku angielskim..ale chyba jeszce nie trafilam..na tak otwrtych i szczerych angoli...jak sa polacy...kto wie moze kiedys...
Byc moze jest to kwestia mentalnosci..wlasciwie wszystko na to wskazuje...mam wrazenie ze my sie bardziej przywiazujemy do miejsc...a przede wszystkim do ludzi...moze dla tego jest mi tak trudno sie odnalezc...
Zapewne sklada sie na to o wiele wiecej czynnikow...i trudno wyluskac w tym momecie te najistotniejsze...bo przeciez kazdy do tego podchodzi bardzo osobiscie to co dal mnie bedzie wazne i nieodlaczne dla kogos bedzie absolutnie zbedne...
Ha i to jest ta wlasciwa droga...wiec dlaczego tak uparcie ogladam sie na innych...i skrycie czekam na akceptacje?
Czemu tak trudno jest podejmowac decyzje...przeciez jak przychodzi co do czego i tak zostajemy sami jak palec...
A przegrana czy wygrana zalezy od naszego podejscia i nastawienia...aaaa i oczywiscie plus ocena sytuacji...ktora moze byc jak zwykle bardzo bledna...a temu wszystkiemu sa winne emocje...ktorych my jako istoty myslace sie nigdy nie pozbedziemy...
Czy jest zatem cos takiego jak wybranie zlej drogi...czy tylko nie odpowiedni czas...miejsce... itp...jak to mierzyc i jak osadzac....?
Wyglada na to ze w zadnym wypadku nie mozna...i tu sie koleczko zamyka...i na tym zycie sie konczy....bo nigdy nie ma dosc dobrze obranej drogi...cale zycie towarzyszy nam rosyjska ruletka!
A czytajacych prosze o komentarze.....wszystkich bez wyjatku ;)
Byc moze jest to kwestia mentalnosci..wlasciwie wszystko na to wskazuje...mam wrazenie ze my sie bardziej przywiazujemy do miejsc...a przede wszystkim do ludzi...moze dla tego jest mi tak trudno sie odnalezc...
Zapewne sklada sie na to o wiele wiecej czynnikow...i trudno wyluskac w tym momecie te najistotniejsze...bo przeciez kazdy do tego podchodzi bardzo osobiscie to co dal mnie bedzie wazne i nieodlaczne dla kogos bedzie absolutnie zbedne...
Ha i to jest ta wlasciwa droga...wiec dlaczego tak uparcie ogladam sie na innych...i skrycie czekam na akceptacje?
Czemu tak trudno jest podejmowac decyzje...przeciez jak przychodzi co do czego i tak zostajemy sami jak palec...
A przegrana czy wygrana zalezy od naszego podejscia i nastawienia...aaaa i oczywiscie plus ocena sytuacji...ktora moze byc jak zwykle bardzo bledna...a temu wszystkiemu sa winne emocje...ktorych my jako istoty myslace sie nigdy nie pozbedziemy...
Czy jest zatem cos takiego jak wybranie zlej drogi...czy tylko nie odpowiedni czas...miejsce... itp...jak to mierzyc i jak osadzac....?
Wyglada na to ze w zadnym wypadku nie mozna...i tu sie koleczko zamyka...i na tym zycie sie konczy....bo nigdy nie ma dosc dobrze obranej drogi...cale zycie towarzyszy nam rosyjska ruletka!
A czytajacych prosze o komentarze.....wszystkich bez wyjatku ;)
Subscribe to:
Posts (Atom)