I znow brak energi i szaro...ciagle dzien swistaka...plus guz na glowie...coz szybki obrot za barem i zdezenie z otiwrajacymi sie drzwiami...a to wszystko przez glupawe...
Praca nic sie nie zmienia..wyglada na to ze juz wszyscy tam przychodza z musu...nie ma tak jak kiedys...teraz kazdy czeka z utesknieniem do konca...
Druga praca zenada...ciagle pisza ze dzis nie jutro tez..i tak o to nie bylam juz ponad tydzien..a dopiero w czwartek mam sie tam zjawic...a juz myslalam ze cos sie zaczyna krecic ze bedzie mozna zmienic na caly etat beznadziejne 2B na spokojna prace w biurze...albo choc pol etatu i posplacac karte raz dwa...A tu dalszy odcien szarego w szarym...oczywiscie to moj punkt widzenia...
No coz ale w tym tyg zaczyna sie porywajacy college...czyli wtorkowy stress w zwiazku z angielskim...i calkowite nudy czwartkowe na matmie ktorej poziom rozklada mnie na lopatki...do tego stopnia ze zalegam na lawce ziewajac...i czekajac z utesknieniem na koniec tej katorgi.
A dzis silownia...dziwna satysfakcja z ciurkiem splywajacego potu po ciele...taki maly masochizm?
Oby tylko zaczela dzialac...bo jak na razie to nie widze zadnej roznicy :(...a z Pecik szybko traci checi...wiec juz teraz walcze sama z soba zeby tam dzis dojsc i mowie sobie ze to ma sens...i beda rezultaty...tylko ciekawe kiedy?
Subscribe to:
Post Comments (Atom)
No comments:
Post a Comment