Znow...przelecial ten tydzien jak z bicza strzelil...kilka twarzy przewinelo sie mimochodem...inne 'natretnie' wracaly..
Tu jakis foch...gdzies po drodze spotkania...czasem przypadkowe...imreza ze wschodem slonca...po upojnej nocy z mezem...w spatifie i nie tylko...z ekologicznym boa na szyi...Funia podlewajaca trawnik...rozgadana Maxi....foundi....ktorego okazalo sie byc za malo...Dosio...ze swoimi czarodziejskimi oczami swidrujacymi...co i rusz...na wskros...i wibrujace powietrze..no i nie zapomniany wieczor glupawy...wlacznie z zespolem zaslaniajacego kolana...powaznych mniej i bardziej rozmow przy winie...i nie tylko...plus nocne luzkowe rozmowy...
Szkoda ze juz musze wracac...nie naladowalam bateryjek...a czacha dymi nieprzecietnie...z pomyslami...marzeniami....ale czy znow nie zapomne jak bede tam...znaczy sie 'TU' w Londynie...
to "TU" to "TAM"...hmm
Subscribe to:
Post Comments (Atom)
1 comment:
To zdrowo, gdy zostawia sie rzeczy w niedosycie, bo wtedy ciagle chce sie wiecej, a to pcha do przodu :-)
A jak ow niedosyt dotyczy pozytywnych ludzi, to po prostu czary mary :*
Post a Comment